Ósemka to mój dom
– mówi Pani Cecylia.
Urodzona naprzeciwko akademika
Z osiedlem akademickim Pani Cecylia związana jest właściwie od urodzenia. Dosłownie. Jak wspomina, przyszła na świat naprzeciwko akademika, w miejscu, gdzie dawniej mieszkali pracownicy związani z zapleczem technicznym starych domów studenckich. Jej tata pracował w Akademii Medycznej, jeszcze wtedy, gdy w piwnicach funkcjonowały kotłownie, a akademiki ogrzewano zupełnie inaczej niż dziś.
Ale rodzinne korzenie sięgają jeszcze głębiej. Tuż obok „Ósemki” swoje gospodarstwo miał dziadek Pani Cecylii. To właśnie na tych terenach bawiła się jako dziecko, tutaj dorastała, tutaj znała każdy kąt. Zanim pojawiły się kolejne budynki, studenckie historie i pokolenia mieszkańców, był po prostu rodzinny krajobraz jej dzieciństwa. Jak opowiada, ziemia należąca do dziadka została później sprzedana uniwersytetowi.
To była rodzinna historia
Pani Cecylia nie przyszła tu z zewnątrz. Osiedle akademickie było częścią życia całej jej rodziny. Jak sama mówi, wcześniej pracowały tu także jej dwie siostry. Z tym miejscem związani byli najbliżsi, a później również jej własne dzieci.
To właśnie z myślą o nich zdecydowała się podjąć pracę w „Ósemce”. Blisko domu, blisko szkoły, blisko przedszkola, tak by dało się połączyć obowiązki zawodowe z wychowaniem dzieci.
Akademik był blisko domu i gdy miałam małe dzieci, stwierdziłam, że będzie blisko. Jeżeli zdążę zrobić dzieci do przedszkola, do szkoły, przyjść do pracy, swoją zrobić i dzieci odebrać i się nimi zaopiekować, to wszystko będzie na miejscu
– opowiada.
Dzieci Pani Cecylii wychowywały się tutaj, w cieniu akademików, w świecie, który dla innych był tymczasowym adresem na kilka lat studiów, a dla niej pozostawał domem na całe dekady.
Kawał życia tu poświęciłam
W DS nr 8 Pani Cecylia zaczęła pracę w 1991 roku. Została na 35 lat. Widziała zmieniające się pokolenia studentów, kolejne remonty, przeobrażenia osiedla, inne obyczaje, inną codzienność, inną studencką energię.
Kiedyś, kiedy jeszcze były wspólne łazienki, kuchnie, studenci bardziej się między sobą znali, integrowali. Imprezy były na korytarzu, życie było bardziej wspólne
– opowiada.
Pamięta juwenalia z dawnych lat, pochody, koncerty, studenckie konkursy, zabawę rozlaną po całym osiedlu. Pamięta też momenty dramatyczne, jak pożar w akademiku i konieczność ewakuacji mieszkańców. Ale nawet kiedy opowiada o wydarzeniach trudnych albo przełomowych, wraca do jednego – do ludzi.
Cieszę się bardzo, bo jednak kawał życia tu poświęciłam
– mówi, pytana o to, co czuła, kiedy dowiedziała się, że akademik będzie nosił jej imię.
Była jak ktoś bliski
Najlepiej o Pani Cecylii mówią jednak sami studenci. Nie budują pomnika. Mówią o codzienności, o uśmiechu, o obecności i o tym, że dobrze było ją spotkać rano.
To bardzo ciepła i otwarta osoba. Zawsze była rano. Nie zawsze ją widziałam na moim piętrze, ale od razu człowiek się uśmiechał, jak ją zobaczył, że się do mnie uśmiechnęła, coś tam czasami powiedziała, zapytała, jak dzień mija. Taka bardzo, bardzo otwarta. I teraz też jak przychodzi, to zawsze się z nami wita, a to coś tam poczęstuje. Cecylia jest naprawdę strasznie kochana.
– opowiada Karolina Traczyk, mieszkanka DS. nr 8.
Pierwsze, co usłyszałam o niej, to legendę, jak opiekowała się naszym akademikiem i zawsze widziałam, że przynosi coś, doradzi, pomoże. Bardzo miła i ciepła osoba. Szkoda, że odeszła na emeryturę i naprawdę myślę, że będziemy za nią tęsknić.
Jak trzeba, to pogłaszczę. Jak trzeba, to zdyscyplinuję
Sama Pani Cecylia mówi o studentach z rozbrajającą szczerością. Z czasem zaczęła traktować ich jak własne dzieci, wnuki.
Mówię, że jestem jak mama – jak trzeba, to pogłaszczę, pochwalę, ale jak trzeba, to i zdyscyplinuję
– opowiada z uśmiechem.
Po latach wielu z nich wraca. Przyjeżdżają z dziećmi, pokazują im akademik, wspominają dawne czasy. Niektórzy odzywają się przez media społecznościowe, inni wpadają przy okazji pobytu w Łodzi.
Starsi przychodzą z dziećmi, pokazują dzieciom, gdzie mieszkali – mówi Pani Cecylia. – Część mam na Facebooku, bo powyjeżdżali za granicę. Mam swoich synków też w Turcji, w Hiszpanii, z Erasmusa.
Wzruszenie i niedowierzanie
O tym, że „Ósemka” ma stać się „Cecylią”, dowiedziała się z zaskoczeniem. Jak sama przyznaje, nie wiedziała nawet o głosowaniu. Potem usłyszała, że wygrała.
Pani Cecylia przez całą rozmowę konsekwentnie umniejszała swoją rolę. Powtarzała, że nie zrobiła nic nadzwyczajnego, że po prostu była, pracowała i oddała temu miejscu serce. Przez lata widziała zmieniających się przełożonych, kierowników, rektorów i kolejne epoki akademickiego życia, wcale nie opowiadała o wielkich nazwiskach ani oficjalnej historii tego miejsca. Zamiast tego wracała do codzienności, tej najprawdziwszej, utkanej z studenckich rytuałów i zwyczajów, które budowały atmosferę dawnych akademików. Wspominała juwenalia, święta spędzane w domach studenckich, zwykłą, szarą rzeczywistość, ale też pełne humoru konkursy na najbardziej owłosioną klatę czy wybory miss mokrego podkoszulka.
Obok Cecylii Panda, Eden i Heptagon
Dopiero na drugim planie tej historii pojawia się szersza zmiana, jaka zaszła na Lumumbowie. W tym roku, z okazji juwenaliów, cztery domy studenckie zyskały własne nazwy.
DS nr 5 stał się Pandą – nazwą czułą, przywołującą skojarzenie ze słodkim, spokojnym, nieco leniwym zwierzęciem.
DS nr 11 otrzymał nazwę Eden – bo akademik bywa przecież własnym małym rajem.
DS nr 7 od teraz to Heptagon, bo nazwa nawiązuje do numeru siedem.
Ale wśród tych wszystkich nazw to właśnie Cecylia wybrzmiewa, bo nie jest tylko pomysłem. Jest historią życia.
Redakcja: Kacper Szczepaniak, Centrum Komunikacji Marki UŁ
